Po drugiej wojnie światowej wielu ludzi straciło życie, wiele budynków zostało zniszczonych, dookoła zapanowała nędza i rozpacz. Do tego strasznego czynu w powszechnej świadomości ludu (ukształtowanej przez oddalone od dialektyki, materializmu ale też teorii walki klas podejście do historii sprzyjające klasie kapitalistów) doprowadziła pycha oraz bestialstwo bezwzględnych dyktatorów państw Osi - Adolfa Hitlera, cesarza Hirohito, Benito Mussoliniego, jak również ich afiliantów, których łączyły skrajnie prawicowe poglądy. Na ich drodze do ekspansji terytorialnej oraz podporządkowywania sobie kolejnych państw stanęli alianci - Józef Stalin, drugi przywódca ZSRR, Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii, oraz prezydent USA, Theodore Roosevelt. Ci trzej politycy siłami swoich armii zdołali pokonać siły faszyzmu w Europie oraz Azji. Konflikt ten był i z pewnością pozostanie jednym z najważniejszych wydarzeń w historii starego kontynentu. Od czasu zawieszenia broni cały świat, nie tylko Europa, podzielił się na (na początku umowne) dwie części - wschodnia, nazywana potocznie blokiem wschodnim bądź "światem za żelazną kurtyną" była sojuszem państw socjalistycznych dążących do komunizmu przy ścisłej współpracy ze Związkiem Radzieckim, największym i najważniejszym socjalistycznym państwem w tamtych czasach, którego przykład stanowił wzór dla partii rewolucyjnych zachodniego proletariatu a za razem zagrożenie dla klasy burżuazyjnej; w zachodniej natomiast pozostała kapitalistyczna gospodarka rynkowa opierająca się na wersji liberalnej.

Biorąc pod uwagę historię, a zwłaszcza historię dwudziestego wieku, warto przyjrzeć się stworzeniom, które określa się mianem ludzkich krajów czy też countryhumans. W tej książce będę posługiwał się określeniami ludzkie państwo oraz homo aeternum, czyli oficjalnej łacińskiej nazwie gatunku, oznaczającej człowiek wieczny. Nie są to przywódcy krajów, jak co poniektórzy myślą, ale istoty, którym na całym świecie oddaje się cześć, wierząc, że dzięki temu kraje przetrwają najgorsze wojny, katastrofy klimatyczne. Starzeją się do pewnego momentu, nie zapadają na pewne choroby, nie chorują na nowotwory, potrafią żyć bardzo długo (najstarsze ludzkie państwa istniały przez ponad 800 lat) a ich krew ma lazurowy odcień w przeciwieństwie do szkarłatnej krwi homo sapiens. Jeżeli dowiadujecie się o nich dopiero teraz, to nie dziwie się - od niedawna zaczęli szerzej o sobie opowiadać, o swojej historii (związanej głęboko z kolonializmem) i pojawiać się w przestrzeni publicznej. Większość z nich żyje wśród nas lub obok prezydentów. Wiedza na temat ludzkich państw rozwinęła się i rozpowszechniła właśnie w dwudziestym wieku głównie dzięki wspólnemu wysiłkowi pary naukowców ze Związku Radzieckiego. Na obecny stan wiedzy ludzkie państwa nie stanowią zagrożenia dla zwykłych ludzi. Ich wygląd jest dokładnie taki sam jak nasz, a niektórzy aby podkreślić kim są, malują na twarzach flagi krajów, które reprezentują. Ciekawostką jest to, że totalitarni ludzie-kraje często wybierają mundury wojskowe jako swój codzienny strój.

W okupowanym przez aliantów Berlinie znajdował się szpital, który szczęśliwie uniknął poważnych zniszczeń, co oznaczało, że mógł być używany jeszcze długo po wojnie. Szpital był miejscem, do którego trafiali wszyscy - ranni żołnierze, ranni obywatele, seniorzy i przyszłe matki. To właśnie tutaj, na oddziale położniczym, urodziło się wielu nowych mieszkańców miasta. W noc zakończenia II wojny światowej na oddział położniczy tego szpitala przyszła kobieta, która w nocy z 8 na 9 maja 1945 roku, dokładnie o północy, urodziła zdrową dziewczynkę. Bez zastanowienia nadała jej imię Helga, po swojej matce. Jej narodziny były świętowane przez większość personelu aktywnego tej nocy, ponieważ uważano je za dobry omen, kulminację wielkich zmian w Niemczech. Malutka, cała czerwona i krzycząca Helga została umyta przez pielęgniarki i nakarmiona mlekiem matki. Sporządzono akt urodzenia dziewczynki, a ją i jej matkę położono spać w oddzielnych pokojach.

Nagle ktoś wkradł się do zaciemnionej części szpitala. Był to wątły, młody mężczyzna, który poruszał się ze zwinnością godną kuny. Znalazł się w całkowicie czarnej, nie oświetlonej sali, w której spały wszystkie noworodki. Rozejrzał się, ostrożnie stąpając butami po kafelkach. Zapalił ogień w zapalniczce, by widzieć, gdzie idzie oraz aby odnaleźć to, czego szukał po wiszących na kołyskach kartkach z danymi osobowymi dzieci. Znalazłszy dziewczynkę przez chwilę wpatrywał się w nią swoimi czarnymi oczami, zawinął w kołderkę, wziął delikatnie na ręce aby się nie obudziła i rozejrzał parę razy, czy ktoś nie nadchodzi. Ucieczka ze szpitala okazała się być nie tak łatwa jak myślał, gdyż jego dziwne ruchy w ciemności zaalarmowały stojącą nieopodal w oświetlonej części korytarza pielęgniarkę. Chciał jeszcze zajrzeć do pokoju, w którym spały matki, ale zrezygnował, wiedząc, że to zbyt ryzykowne posunięcie. — Halo...? Ktoś tu jest? — powiedziała pielęgniarka do ciemności. W reakcji na ledwo widoczną sylwetkę człowieka spoza personelu oraz płacz dziecka odskoczyła do tyłu i schowała się za recepcję, krzycząc: — Alarm! Alarm! Pielęgniarka chwytająca się za głowę wskazała jednemu z lekarzy na korytarz po lewej stronie. On i pięciu jego kolegów obecnych na nocnej zmianie natychmiast rzucili się w pościg za porywaczem, który na pewno zbudził wielu pacjentów. — Stać! Zatrzymaj się!! — ostrzegali raz po raz, ale tajemniczy mężczyzna w mundurze armii czerwonej, nie miał zamiaru się zatrzymywać. Dobrze znał rozmieszczenie korytarzy placówki, lecz bał się, że personel go dogoni - czuł się jak maratończyk z dodatkowym balastem w postaci malutkiej, płaczącej Helgi, na którą musiał szczególnie uważać, żeby jej nie upuścić tak jaj czapki pilotki, którą ściskał w dłoni. Wybiegłszy ze szpitala przez otwarty na oścież garaż karetki, w jego twarz uderzył lekki wiosenny wiatr a do nozdrz wpadł zapach miliona kwiatów. Przeskoczył nad ogrodzeniem niczym zając, po czym spojrzał za siebie - ścigający go pielęgniarze powoli przestawali nadążać za nim. Musiał jednak biec dalej, najszybciej jak potrafił, by uniknąć konsekwencji swojego czynu. Biegł przez pokryte nierówną kostką brukową ulice, unikając przy tym gruzu po zbombardowanych budynkach. W końcu, po dobrych pięciu minutach od przyłapania na gorącym uczynku, personel stracił go z oczu i przerażony całym wydarzeniem wrócił do szpitala, by następnego dnia zgłosić incydent żandarmerii, która jedyne co zrobiła to rozłożyła ręce - nikt nie potrafił dokładnie opisać jego twarzy. Kiedy żołnierz armii czerwonej zdał sobie sprawę, że nikt go już nie ściga, uśmiechnął się szeroko i głośno sapiąc ze zmęczenia schował się za zamkniętym sklepem znajdującym się niedaleko obozu, oparł o lodowatą ścianę, padł na kolana i sprawdził czy dziewczynka żyje, ponieważ przez połowę drogi nie płakała - zasnęła. Wydawało mu się to dziwne, lecz skupiony był bardziej na głębokim oddychaniu. Jego serce waliło jak szalone, strasznie bolały go nogi, ale nie skręcił sobie kolana, kostki, ani nie nadszarpnął więzadła. Uśmiechnął się z tego powodu. Jego odpoczynek nie trwał długo, gdyż nagle pojawił się przed nim wysoki mężczyzna, którego bardzo dobrze znał, nie tylko ze służby. Na jego widok poderwał się i wytarł pilotką swoją mokrą twarz. — Towarzyszu Emomaliju — rzekł do młodego żołnierza, którego kasztanowe włosy były tak krótko przycięte, że nie widać było ich zarysu na jego cieniu. — czy macie to, o co prosiliśmy? — Owszem, towarzyszu generale. Generał wyczuł w jego głębokim głosie wyczerpanie ucieczką ale również satysfakcję z czynu - lubił podejmować ryzyko, nawet jeśli na szali postawiona jest cała jego świetlana kariera, bo (gdyby go przyłapali) spotkałyby go przykre konsekwencje. — Podajcie ją nam — rozkazał. Gdy pochodzący z Turkmeńskiej Republiki Radzieckiej Emo, bo tak zdrabniali jego imię towarzysze z oddziału, pokornie oddał dziecko w ręce generała, ten rozkazał mu wrócić do obozu, samemu jednak idąc w przeciwnym kierunku. Emomalija to zdziwiło, jednakże był zbyt zmęczony by zadawać jakiekolwiek pytania, których zresztą nie wypada zadawać wyżej komuś na wyższym stanowisku.

Na dworze było zupełnie cicho - żołnierze stacjonujący przy urzędach już dawno spali spokojnie i śnili już tylko o przywitaniu swoich rodzin oraz dzieci. Generał spojrzał na okno, w którym wciąż paliło się światło oraz zerwał bukiet kwiatów rosnących przed budynkiem, wszedł na klatkę schodową przez drzwi wejściowe przypominające kościelne wrota, a gdy zatrzymał się na drugim piętrze zapukał do drzwi znajdujących się po jego lewej stronie. Otworzyła je Ewelina - zaspana kobieta o krótkich, włosach koloru spłowiałego blondu i niebieskich oczach, która przed jego przybyciem ucięła sobie krótką drzemkę. Kiedy go zobaczyła - mężczyznę w mundurze radzieckim trzymającego zawinięte w kołderkę dziecko - nogi się pod nią ugięły. Generał bez słowa podał jej zawiniątko wraz z bukietem mleczy. Uważał, że postąpił słusznie odbierając dziecko (nie zbyt mu) obcym ludziom, bowiem rodzicami skradzionej dziewczynki była urzędniczka Deutscher Sozialbeamtenbund oraz wysoko postawiony oficer Waffen SS. Głęboko uważał, że w ich otoczeniu nigdy nie wyrośnie na dobrego człowieka. Ewelina zaprosiła go do środka, wyjątkowo nie każąc mu zdejmować butów. W mieszkaniu wszystko co posiadała było już spakowane, ponieważ przeprowadzała się do innego miasta. Między nim a kobietą wywiązała się dość długa rozmowa. — Gdzie byliście przez cały ten czas, towarzyszu? — zapytała mówiąca po rosyjsku Czeszka, kładąc dziewczynkę na kanapie. — To długa historia, ale jak widać udało nam się przeprowadzić operację bez szwanku, towarzyszko — odpowiedział mężczyzna, który przypisał sobie zasługę Emomalija, aby się przed nią popisać, co zresztą zadziałało. Usiadł przy ścianie naprzeciwko, położył oficerskie nakrycie głowy na stolik kawowy i zarzucił sobie płaszcz na ramiona, udając zmęczonego oraz dumnego z (nie) swojego czynu. Generał Dimitrij Czadajew miał zadbane ciemne blond włosy z grzywką układającą się jak zasłony, brązowe oczy i bandaże zakrywające mu prawe oko, które stracił podczas walki z nieprzyjacielem. — Jeśli chcecie, to zapraszamy, rozgośćcie się... — Nie, to nie jest konieczne, za chwilę wracamy do obozu. Możemy napić się wody? — Oczywiście... Ewelina podała mu stojącą na stole szklankę z hartowanego szkła, a towarzysz ciężko westchnął i podziękował jej. Wypił prawie wszystko. — To za zdrowie Stalina i za zdrowie armii czerwonej, ale i też za nasze, komunistów, spektakularne zwycięstwo. — Czy my też możemy się napić? — pisnęła ze szczęścia Czeszka, która była w tamtych czasach (wydaje mi się) numer jeden fanką jedynego prawowitego następcy Włodzimierza Lenina oraz dobrze obeznaną w teorii marksistką, a wszystko to dzięki wyjątkowej hojności generała. — Okazja tego wręcz wymaga! Proszę. — Ilu was, towarzyszu, goniło? — spytała zaintrygowana pracownica fabryki porcelany, która dopiła resztę wody z wielkim uśmiechem na twarzy, przypominającym o ostatnim dniu wojny. — Pięciu lekarzy, ale oni w ogóle nie potrafią biegać! — zaśmiał się szyderczo, wyobrażając sobie w głowie pościg. — Jako gene... To znaczy pułkownik, ha ha, to oczywiste, że musimy dobrze biegać. Łatwo sobie z nimi poradziliśmy. Nawet nie musieliśmy używać broni! — Zaraz, zaraz... To wy jesteście pułkownikiem?? — Zgadza się. Per generał mówią mi tylko moi najbliżsi przyjaciele, którzy zdecydowali, że zasłużyłem na ten tytuł znacznie szybciej i że nie należy czekać na decyzję komisji wojskowej. Tak bardzo nie mogę się doczekać otrzymania honorowych odznaczeń!! Nie tylko ja, ale również moja siostra, która jest pilotem oraz moja kuzynka będąca genialnym snajperem. Słuchajcie tego; nauczyła się wręcz idealnie strzelać z karabinu na dystans po paru dniach szkolenia! Nieprawdopodobne a jednak. Po powrocie do Leningra- Yyy... to znaczy miasta do którego musieliśmy się przenieść przez zniszczenia, zostaniemy wszyscy nagrodzeni za zasługi na wojnie. — Aaa, to tak! Wspaniale, my chyba nic nie dostaniemy, tyle co mieszkanie w waszym nowym mieście i święty spokój od jakichkolwiek konfliktów zbrojnych... — Towarzyszu, mamy takie ważne pytanie... Jesteście pewni, że... — westchnęła spoglądając na leżącą dziewczynkę. Zadowolonej, ale też i ba kobiecie bardzo spodobał się jej wyraz twarzy, wyrażający ciekawość. Helga była jeszcze zbyt młoda, by móc rozpoznać czy trzyma ją mama czy zupełnie obca osoba. — Nadajemy się do powierzonego nam zadania? — Gdybyśmy myśleli inaczej, wybralibyśmy kogoś innego. Proszę, nie martwcie się. Obserwujemy was od dawna i jesteśmy pewni, że sobie poradzicie. Zawsze wybieramy ludzi do wykonania określonych zadań zgodnie z ich umiejętnościami i ani razu nie pomyliliśmy się! — No tak, ale my nigdy wcześniej nie mieliśmy dzieci... — Wychowanie dzieci to pestka! — parsknął śmiechem. — A co z naszym wolnym czasem, z pieniędzmi? — Zapłacimy wam dodatkowo, jeśli zajdzie taka potrzeba. Prosimy nie martwić się. Po prostu róbcie to, co każemy. Kobieta przytaknęła. — Żądamy — kontynuował pułkownik Czadajew. — aby to dziecko było wychowywane zgodnie z ideami socjalistycznymi, co może okazać się trudnym zadaniem, gdyż ojcem tej małej, bezbronnej istotki był obrzydliwy nazista, który nam wyrządził piekło. Mimo iż już jest martwy, może się po latach okazać, że nazistowskie ideały przeniknęły do wnętrza jego córki, dlatego trzeba ją pilnować i sprawiedliwie karać, uczyć przyjaźni, pokory, szacunku oraz ciężkiej pracy, i pod żadnym pozorem nie zdradzać kim byli jej prawdziwi rodzice! A kto nie zrobi tego tak dobrze jak wy, towarzyszu? Wasze antynazistowskie czyny są godne podziwu. — Och, nie wiemy... Proszę tak nie mówić! Ewelina nerwowo zaśmiała się i spuściła wzrok na podłogę. Zakryła twarz dłońmi, gdy poczuła, że jej policzki pokrywają się rumieńcem. — Ale to przecież prawda. Nie chowajcie się, towarzyszu. Nie ma się czego wstydzić. Rodzicielstwo to piękny obowiązek. — Obowiązek?! Co proszę??? — Obowiązek... W tym sensie, że... Kiedy przychodzi co do czego, dziecko musi zostać wychowane jak najlepiej! Przepraszamy, że nasza wypowiedź zabrzmiała tak seksistowsko. — Rozumiemy i wybaczamy. Ach tak, głupi... Głupi... — próbowała znaleźć nie wulgarne słowo określające to, co czuła. — Wy? — Tak, jesteśmy tacy, tacy, tacy wielce głupi, ha ha... O mój Boże, jaka ona jest słodka! — Bóg nie istnieje. — Rzeczywiście, zapomnieliśmy! — Nie wolno o tym zapominać! — pokręcił palcem generał. — Zwykli ludzie ciągle zapominają, że Bóg jest wymysłem kościoła, używanym do kontrolowania posłuszeństwa ignorantów. — Zgadzamy się z tym. Ci księża i biskupi tylko kradną, straszą dzieci i kto wie co jeszcze robią, a wszystkich pouczają że źle robią! A papież to ukrywa!! Jakże to niesprawiedliwe. Słyszałam jakiś czas temu, że ktoś z mojej rodziny był... No wiecie... Przez księdza... — nerwowo podkuliła nogi. Pierwszy raz o tym rozmawiała z kimkolwiek. — I jestem o to bardzo zła. Nie zasłużył na to. Pewnie dlatego stał się ateistą. I nie zasłużył by umrzeć na marskość wątroby... — Został zamordowany? — zapytał pułkownik Czadajew. — Nie, gorzej...! Kiedy uświadomił sobie co Ewelina miała na myśli, po jego plecach przeszedł zimny dreszcz. — Bardzo wam współczujemy, towarzyszu. Kościół zasługuje na odpowiednią karę za tyle lat ignorancji. A także za zabranianie wprowadzania innowacji, organizacji rewolucji i finansowanie burżuazji!

Helga natychmiast obudziła się przez jego podniesiony głos. Mężczyzna założył, że popiera jego zakorzenione w dialektyczno-materialistycznej analizie rzeczywistości poglądy na temat ukrytych zamiarów kościoła.

— Zgadzamy się z wami w stu procentach — rzucił w jej stronę, po czym uśmiechnął się. — Wyrośniecie na mądrą dziewczynkę... Jakie dacie jej imię, towarzyszu? — Olga — wyjawiła samotna matka. — Też po rosyjsku, jak miło! W mojej opinii trochę mało kreatywnie; Helgę a Olgę różni tylko region pochodzenia. Helga jest germańskie, a Olga słowiańskie. No i dwie litery na początku, rzecz jasna. — Bardzo mi się ono podoba, towarzyszu. To tylko przypadkowa zbieżność, nic innego... — wyjaśniła przewracając oczami na jego narzekanie. Zdenerwował ją. Nie miała już siły przekazać mu, że pewne opinie, szczególnie te na temat życiowych decyzji drugiej osoby, powinno się pozostawić dla siebie. I wtedy to zapadła nagła cisza - towarzyszom skończyły się tematy do rozmowy! Ewelina wpatrywała się w okno i śledziła wzrokiem krążącego po pokoju generała, który po chwili wrócił na swoje miejsce, mówiąc: — Macie tu dużo cennych rzeczy, towarzyszu. Kobieta znowu przytaknęła. — Powinniście coś nam oddać! — Ale przecież wy już nas wyzwoliliście. — Macie absolutną rację; problem w tym, że mamy wielu rannych żołnierzy. Potrzebujemy waszych rzeczy aby chociaż trochę wspomóc finansowanie armii, to logiczne. W końcu, bez wsparcia innych obywateli nie zwyciężylibyśmy! — Oj, wszystko już popakowaliśmy... Może herbaty wam dać? Prawdziwa, cejlońska i przepyszna! Będziecie ją mieć na użytek własny. — No dobrze, niech będzie... — mruknął niezadowolony generał. Chętnie wziąłby coś więcej, na przykład pianino stojące na środku salonu, albo duże lustro. Był dokuczliwy jeśli chodzi o proszenie obcych ludzi o datki na armię, lecz nie aż tak bardzo jak jego szwagier, komisarz NKWD w oddziale; och, z nim już było tragiczne! Jeśli coś mu wpadło w oko, dajmy na to jakiś przedmiot, to rzadko z tego oka wychodziło. Mieszkanie Eweliny wyglądało schludnie i było prawie puste, ponieważ wyprowadzała się. Większość rzeczy, w tym jej niewielka kolekcja porcelanowych figurek była spakowana i gotowa do drogi. Kobieta wręczyła mu paczkę, którą schował do zewnętrznej kieszeni. — Chociaż tyle dobrego... Musimy już wracać — oznajmił pułkownik Czadajew patrząc na zegar wahadłowy wiszący nad kanapą, która oprócz stolika była jedyną nie spakowaną rzeczą. — Tak wcześnie? — posmutniała kobieta. — Cóż, chyba nic ciekawego się dzisiaj nie wydarzy. A tak przy okazji, nie chcemy, żeby złapali nas w obozie przypadkowo. — Rzeczywiście... Generał podniósł się z krzesła i ruszył w stronę drzwi, do których natychmiast podbiegła Ewelina aby je otworzyć. — Do widzenia, towarzyszu. — Do widzenia. — Wybaczcie że jeszcze raz spytamy, ale czy jesteście pewni, towarzyszu, że to dobry pomysł? — zapytała, pociągnąwszy go za rękaw. — Tak, jest, jesteśmy tego w stu procentach pewni — odpowiedział ze spokojem w głosie, stojąc po drugiej stronie progu. Ukłonił się. — Dziękujemy towarzyszu za wszystko. W takim razie chwała Armii Czerwonej, generale! Pamiętajcie, żeby nie wpaść w amerykańców! Wasze oddanie dla historii jest, i będzie bardzo ważne. — Macie rację, Amerykanie są okropni. Chwała nam, Czerwonej Armii! I precz z nazizmem! A Olgę — dodał. — przyjmijcie jako symbol zwycięstwa. Naziści ukradli Żydom i innym narodom mnóstwo rodaków, a my jednym z nich kradniemy dziecko! Proszę o tym nikomu nie mówić, a dzieweczkę trzymać w niewiedzy dopóki nie uznamy, że nadszedł odpowiedni moment na wyjawienie prawdy. Dobranoc i chwała nam, towarzyszko Czernowa!